jak Jego martini, wstrząśnięty i zmieszany

2008-11-14 22:18:34

Nie trudno się domyślić, że mam na myśli premierę najnowszego Bonda. Quantum of Solace nie różni się praktycznie niczym od Casino Royale. W ciągu pierwszych 5 minut widz jest zbombardowany tyloma popisami kaskaderskimi, że wystarczyłoby na kolejne 100 minut filmu. O ile Casino zaskoczyło zupełnie różną kreacją James'a, dodając jego gentelmanskiej otoczce nieco dynamizmu i brutalności, i tym samym sprawiając że wiele osób wyszło z seansu wręcz zachwyconych, o tyle Quantum of Solace nie wprowadziło już nic tak zaskakującego.

Akcja toczy się na wielu poziomach, od tego najbardziej widocznego (wybuchy - trudno przeoczyć główny walor filmu), aż do sfery psychicznej naszego bohatera (tak, tak Bond ma głowę i nawet zaczyna jej używać). Niektórzy twierdzą, że dzięki temu film dostaje kolorytu, ale dla większości, właśnie przez to zbladł i stał się niewyraźny. Nagłe zbombardowanie nowymi wątkami i kontynuacja tych z Casino Royale sprawiła, że poczułem się lekko "nie na miejscu" i, w zasadzie, nie pozwoliła mi cieszyć się do końca moim biletem za złotych 13.

Najmocniejszą, możliwe że nie jedyną (???), stroną 007 była, jak zawsze doskonała gra aktorska Judi Dench w roli "M", archetypu kobiety silnej, nieugiętej, o chłodnym analitycznym umyśle, a jednocześnie roztaczającej matczyne skrzydła nad Bondem marnotrawnym. Danielowi, rzecz jasna, nie można odmówić pewnych zasług, ale być może jest to bardziej sentyment po jego pierwszym popisie w roli, którą w pewien sposób zrewolucjonizował. Mathieu Amalric grając postać Dominic'a Green'a był, jak dla mnie, postacią bardziej komiczną i trudno mi było utożsamić go z globalnym złoczyńcą, będącym w stanie zagrozić całemu światu.

Podsumowując...
1. Kinoplex ma bardzo wygodne siedzenia
2. uwielbiam nachos'y z sosem serowym
3. może czas żeby Bond zmienił kolor skóry?

skomentuj (2)
Strona główna