Nie trudno się domyślić, że mam na myśli premierę
najnowszego Bonda. Quantum
of Solace nie różni się praktycznie niczym od Casino Royale. W ciągu
pierwszych 5 minut widz jest zbombardowany tyloma popisami kaskaderskimi, że
wystarczyłoby na kolejne 100 minut filmu. O ile Casino zaskoczyło
zupełnie różną kreacją James'a, dodając jego gentelmanskiej otoczce nieco
dynamizmu i brutalności, i tym samym sprawiając że wiele osób wyszło z seansu
wręcz zachwyconych, o tyle Quantum of Solace nie wprowadziło już nic tak
zaskakującego.
Akcja toczy się na wielu poziomach, od tego najbardziej widocznego (wybuchy -
trudno przeoczyć główny walor filmu), aż do sfery psychicznej naszego bohatera
(tak, tak Bond ma głowę i nawet zaczyna jej używać). Niektórzy twierdzą, że
dzięki temu film dostaje kolorytu, ale dla większości, właśnie przez to zbladł
i stał się niewyraźny. Nagłe zbombardowanie nowymi wątkami i kontynuacja tych z
Casino Royale sprawiła, że poczułem się lekko "nie na miejscu"
i, w zasadzie, nie pozwoliła mi cieszyć się do końca moim biletem za złotych
13.
Najmocniejszą, możliwe że nie jedyną (???), stroną 007 była, jak zawsze
doskonała gra aktorska Judi Dench w roli "M",
archetypu kobiety silnej, nieugiętej, o chłodnym analitycznym umyśle, a
jednocześnie roztaczającej matczyne skrzydła nad Bondem marnotrawnym. Danielowi, rzecz jasna, nie
można odmówić pewnych zasług, ale być może jest to bardziej sentyment po jego
pierwszym popisie w roli, którą w pewien sposób zrewolucjonizował. Mathieu Amalric grając
postać Dominic'a Green'a był, jak dla mnie, postacią bardziej komiczną i trudno
mi było utożsamić go z globalnym złoczyńcą, będącym w stanie zagrozić całemu
światu.
Podsumowując...
1. Kinoplex ma bardzo wygodne siedzenia
2. uwielbiam nachos'y z sosem serowym
3. może czas żeby Bond zmienił kolor skóry?